Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 stycznia 2011

Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu.

Reżyser: Michael Apted
Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
Muzyka: David Arnold
Kraj: USA, Wielka Brytania
Premiera:
Polska: 2010
Świat: 2010
Gatunek: Familijny, Fantasy, Przygodowy
Długość: 115 minuty

Historie młodych bohaterów, którzy przypadkiem odkrywają, że istnieje równolegle do ich świata wspaniała kraina Narnia są w Wielkiej Brytanii równie popularne, co „Władca Pierścieni”. Do tego Tolkien i Lewis, podczas pisania swoich wiekopomnych dzieł spotykali się na herbatkach, czytali fragmenty powieści i wymieniali krytyczne uwagi. Do kin weszła trzecia część baśniowej opowieści.
Nasi przyjaciele dorastają, i już w poprzedniej części („Książę Kaspian”) Zuzanna i Piotr pożegnali się z magiczną krainą. I choć wydaje się, że w Narnii na zawsze zapanował spokój, to jednak ona nadal potrzebuje pomocy Księżniczki Łucji i Księcia Edmunda. Młodsze rodzeństwo, wraz z denerwującym kuzynem Eustachym, przenoszą się fantastycznej krainy, by znów przeżyć przygodę życia. Jaka jest tym razem Narnia? Chyba taka jakiej spodziewać się mogą, i chyba chcą, wszyscy rodzice zabierające swoje pociechy do kina. Dobro zawsze zwycięża, niewierzący zaczynają wierzyć, a wszelkie nieporozumienia i tak zostaną rozwiązane. Bywają  nieco mroczniejsze momenty, jak walka z morskim potworem, która może jeżyć włos na głowie najmłodszych, jednak nie jest to niestosowna przemoc. Widzowie, a przede wszystkim fani powieści, przyzwyczaili się, że ekranizacje mają głównie na celu bawić i uczyć najmłodszych widzów. Poszukiwanie metafizycznych, filozoficznych, i co oczywiste religijnych odniesień, nie przynosi rezultatów poza tymi oczywistymi, podanymi przez reżysera niemal jako gotowce. I można zarzucać, że jest to pójście na łatwiznę, ale uważam, że skoro film wcześniej produkowany był przez wytwórnie Disneya, to 20th Century Fox nie miało wyjścia i schedę po poprzedniku przejęło z całym bagażem. Polecam młodszym widzom zwłaszcza, ale starsza młodzież również nie powinna być bardzo zawiedziona.
Autorem recenzji jest:
Milena Wrzesień

środa, 22 grudnia 2010

Cast Away

Reżyser: Robert Zemeckis
Kraj: N/A
Premiera:
Polska: 2001
Świat: 2000
Gatunek: Dramat
Długość: 143 minuty

Wyobraź sobie, że nagle z Twojego pokoju znika komputer, telewizor, wieża i inne sprzęty RTV. Dziwnie, co nie? A gdybyś musiał się bez nich obyć przez najbliższe kilka lat? Niemożliwe?
Bohater Cast Away: Poza światem Chuck Noland (Tom Hanks) pracownik prężnie rozwijającej się firmy kurierskiej jest ofiarą katastrofy lotniczej, z której jako jedyny uchodzi z życiem. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że samolot tonie w wodach Pacyfiku, a sam rozbitek trafia na bezludną wyspę wraz z paroma rzeczami codziennego użytku, będącymi wcześniej przesyłkami. Można rzecz to już było. Defoe już dawno napisał „Przypadki Robinsona Cruzoe”. Jednak, czy są to takie same sytuacje: odizolowanie od świata XVII-wiecznego mężczyznę, a tego żyjącego u progu XXI? Pierwszy to żeglarz, na pewno już nieraz zdobywający pożywienie (choćby łowiąc ryby) i rozpalający ognisko. A ten drugi? Takie rzeczy tylko na Discavery się ogląda…
Wracając do tematu: Chuck musi się odnaleźć w zupełnie nowej sytuacji. Nie może pogodzić się z tym, co go spotkało, jest zrozpaczony i ale nie poddaje się, walczy z przeciwnościami i z własnymi złymi myślami. Musi nauczyć się, zdobywać jedzenie, chronić się przed zmienną pogodą, radzić sobie z niedotkniętą przez człowieka naturą.
I jak tu nie zwariować? W tym pomaga mu wyimaginowany przyjaciel. Często będący celem wyładowania frustracji, ostatecznie jest dla Chucka towarzyszem niedoli i wiernym druhem. Tego właśnie brakuje najbardziej człowiekowi – kontaktu z inną osobą. Nawet ta wymyślona, stworzona z piłki postać, może zapobiec postradaniu zmysłów.
Ile można wytrzymać w samotni? Czy dane jest powrócić Nolandowi, do cywilizowanego świata, do narzeczonej, przyjaciół? Czy jeszcze ogóle ktoś na niego czeka? A jeżeli tak, to czy będzie w stanie żyć, tak inaczej niż do tej pory na wyspie?
Tom Hanks jak zwykle nie zawiódł. Świetnie poradził sobie z rolą współczesnego Cruzoe. Wielomiesięczne przygotowania się do roli i samo kręcenie ujęć w ciężkich warunkach nie poszło na marne. Widz widzi każdy ból, trud czy frustracje na twarzy Hanksa. Dzieli się z nim swoimi uczuciami, współczuje mu, ceni, w pewnym momencie i zapłacze nad jego losem.
Obraz Roberta Zemeckisa zadaje oglądającemu pytanie: czy można żyć w świecie całkowicie odciętym od cywilizowanego świata. Czy człowiek wychowany w urbanistycznej dżungli jest w stanie poradzić sobie w głuszy? Sam - pod każdym względem.

 



Autorem tekstu jest:
Kasia Pompka

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Edward Nożycoręki

Reżyser: Tim Burton                       
Scenariusz: Tim Burton, Caroline Thompson
Muzyka: Danny Elfman
Rok: USA 1990
Gatunek: dramat, fantasy
Długość: 105 min

Kiedy czasy błogiego dzieciństwa stają się coraz bardziej odległe, a beztroska to zachowanie całkiem obce, wówczas dosięga nas tęsknota. I tak najchętniej przenieślibyśmy się czasem do świata baśni. Przegonili rozsądek, prace do wykonania „na wczoraj” i wiecznie brzęczący telefon komórkowy.
Tim Burton, szalony reżyser, chyba nigdy nie dorósł. I pozwala nam, od czasu do czasu, wybrać się we wspaniałą podróż.
„Edward Nożycoręki”, to jeden z filmów, które weszły do mojego kanonu świątecznego. Jest magicznie, nostalgicznie, i łza się w oku kręci. Ale to nie wszystko, bo reżyser dobry potrafi opowiedzieć nie tylko historię lekką, ale i mądrą. Albo lekką, mądrą i na dodatek świetnie zrobioną. Udajemy się na amerykańskie przedmieścia, gdzie życie mija nudnie i leniwie (dodam jeszcze, że miasteczko to nie było atrapą! Ludzie naprawdę mieszkają w lukrowanych, pastelowych domkach z równo przyciętym trawnikiem!). Kobiety plotkują, mężczyźni pracują, a pojawienie się kogoś obcego wywołuje histerię. Bo też nie byle jaki obcy wkracza do dusznego miasteczka, a współczesny Frankenstein. Chłopak o złotym sercu, niewinnej duszy i z nożyczkami zamiast dłoni. W jego rolę wciela się niezawodny Johnny Depp, ulubieniec Burtona. Edward, bo tak się zwie ten dziwoląg, jest oszołomiony miastem i reakcjami ludzi. I zakochuje się z wzajemnością w pewnej dziewczynie. Można się domyślać, że miłość ta nie będzie usłana różami. A my przyglądamy się cały czas jak trudno ludziom zaakceptować inność, obcość, niedopasowanie. Dzika fascynacja, niechęć, strach, poczucie wyższości, to tylko niektóre cechy jakie budzą się w ludziach, gdy spotykają kogoś nieprzeciętnego. Film Burtona uczy i zachwyca. To baśniowa opowieść z elementami grozy przywodzącymi na myśl wiktoriański i romantyczny klimat.

Autorem tekstu jest:
Milena Wrzesień

czwartek, 16 grudnia 2010

Snatch (Przekręt)

Reżyser: Guy Ritchie
Scenariusz: Guy Ritchie
Muzyka: Noel Gallagher
Rok: 2000
Gatunek: sensacyjny, czarna komedia
Długość: 104 minuty

Jak w niecałe 2 godziny ukazać połświatek w krzywym zwierciadle? Już podaję przepis, potrzebujemy wyrazistych bohaterów, którzy nie są odgrywani przez aktorów, lecz... są nimi, dobrej oprawy dźwiękowej oraz pogmatwanej fabuły, która skupia się na jednym diamencie. 84 karatowym. Dużym. O którego posiadanie stara się wiele ciekawych postaci: handlarz diamentami który wmówił swojej rodzinie że są żydami, szalony rosjanin, dwójka czarnych gangsterów używająca replik broni, szef mafii który swoimi wrogami karmi świnie oraz para przypadkowych organizatorów nielegalnych wlak bokserskich. Wszystkich dotyczy jeden kamień - przepiękny diament.

Początek filmu wprowadza nas w specyficzny klimat tej produkcji - gangsterzy przebrani za żydów dyskutują o błędzie tłumaczeniowym w bibli, i powoli udają się na miejsce akcji. Ze stoickim spokojem zdobywają diament, po czym fabuła nabiera niesamowitego tempa. Poznajemy wszystkich zainetersowanych kamieniem, i nie sposób nie przyznać geniuszu aktorów - zostali stworzeni dla swoich ról. Najbardziej charakterystycznie wypadają Benicio Del Toro (w roli uzależnionego od hazardu złodzieja), Brad Pitt (jako nadpobudliwy cygan) no i Rade Serbedzija vel Borys - on nie zagrał swojej roli, on stał się na czas filmu swoją postacią. Ożywił Borysa, szalonego rosyjskiego handlarza bronią, oddał mu swoją duszę. Akcent, mimika... wszystko - dla tej roli już warto zobaczyc film.

Wspomniałem o oprawie muzycznej - świetna. Usłyszymy m.in. znany utwór kapeli The Stranglers "Golden Brown", doskonale dopasowany do rozwoju akcji. Montaż filmu także jest wyjątkowy - ciekawe przejścia oraz praca kamery - wszystko składa się na świetny obraz przedstawiający niebanalną historię. I to na wysokim poziomie, to nie jest durna "Mafia", a prawdziwa satyra całego świata gangsterskiego.


Autor:
Łukasz Chojnacki

wtorek, 14 grudnia 2010

Tetro

Reżyser: Francis Ford Coppola

Scenariusz: Francis Ford Coppola

Muzyka: Osvaldo Golijov

Kraj: Argentyna, Hiszpania, USA, Włochy

Premiera:

Polska: 3 września 2010

Świat: 14 maja (świat)

Gatunek: dramat, thriller

Długość: 127 min.



Francis Ford Coppola nakręcił pierwszy od przeszło 30 lat film według swojego oryginalnego scenariusza. Film „Tetro” miał premierę pod koniec lipca, podczas festiwalu filmowego Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Na ekranach polskich kin pojawił się na początku września.
To opowieść o rodzinie poróżnionej przez burzliwe konflikty, tajemnice i zdrady. Tetro to imię głównego bohatera. Film rozpoczyna się od przyjazdu do Buenos Aires jego młodszego brata, Benniego. Spotkanie doprowadzi do ujawnienia głęboko skrywanej tajemnicy. Akcja toczy się w La Boca, artystycznej dzielnicy Buenos Aires, jednej z najstarszych części miasta zamieszkiwanej głównie przez włoskich imigrantów. Stąd wywodzi się wielu sławnych śpiewaków, muzyków, poetów i malarzy. „Wybrałem Buenos Aires , bo uznałem, że miło będzie mi się tam pracowało. Lubię tamtejszą muzykę, jedzenie i kulturę”, mówi reżyser. Jednym z największych wyzwań stojących przed operatorem było kręcenie w czerni i bieli. Dzielnica La Boca słynie z szalonych kolorów. „Kręcąc film czarno-biały, musisz bardzo ostrożnie kadrować oraz operować światłem i cieniem. W filmach kolorowych łatwiej nabrać publiczność”, mówi operator filmu Mihai Malaimare jr. W roli Benniego wystąpił 18-letni debiutant Alden Ehrenreich. Krytycy widzą w nim następcę Leonardo DiCaprio. Gdy Francis Ford Coppola po raz pierwszy spotkał Aldena, dał mu zadanie: chłopak miał wykonać monolog z „Buszującego w zbożu”, ponieważ świetnie oddaje on sposób myślenia nastoletniego umysłu. Reżyser był zachwycony. W filmie zobaczymy również nowojorskiego muzyka i performera Vincentego Galla oraz ulubioną aktorkę Almodovara, Carmen Maurę.

Autorką tekstu jest:
Ewelina Cofała

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Skyline

Reżyser: Colin Strause, Greg Strause
Scenariusz: Joshua Cordes, Liam O'Donnell
Muzyka: Brian Tyler
Kraj: USA
Premiera:
Polska: N/A
Świat: 11 listopada 2010
Gatunek: SF
Długość: 92 minuty


Źli i brzydcy kosmici dokopali ludziom. I to w amerykańskim filmie!

Jedyny sensowny powód dla którego warto obejrzeć dzieło braci Strause to efekty specjalne. Zarówno obcy jak i sceny walki Predatorów i bombowców B2 z maszynami najeźdźców robią wrażenie. Złe, wredne i oślizłe rzeczy wspinające się po budynkach i depczące po samochodach zarówno brzmią jak i wyglądają odpowiednio. Cała reszta zaś to spore namnożenie kretynizmu i debilizmu.
Historia przedstawiona jest z perspektywy bogatych gogusiów z LA ( i dwójki biednych gogusiów z NY), zamkniętych w apartamencie i patrzących na wszystko przez okna i teleskop. Uparciuchy próbują oczywiście nawiać, ale kończy się to rozsmarowaniem i konsumpcją kilku z nich.
A propos konsumpcji. Najeźdźcy lubują się w naszych mózgach nie zachowując się przy tym, jak zombie z klasycznych filmów Romero. Po co obcym nasze mózgi – nie wiadomo. Służą albo jako pożywienie albo jako napęd dla ich maszyn. Tak czy owak to raczej słaby powód ataku na inną planetę i w efekcie sporych strat własnych (sporo zestrzelonych, jeden zatłuczony pustakiem). Choć trzeba przyznać że mimo wszystko, to kosmiczne cholerstwo jest wytrzymałe - nie rusza ich nawet atomówka eksplodująca w trzewiach ich największego statku (oczywiście statek zostaje mocno podziurawiony, ale, jak Zordy w Power Rangers, migiem wraca do stanu używalności)
Podsumujmy: idiotyczni bohaterowie, kretyńska historia i fajni obcy, którzy spuszczają ludziom solidny łomot. Można obejrzeć i nawet nieźle się bawić, niewiele przy tym myśląc. Raczej dla fanów filmów takich jak „Dzień Niepodległości” czy „Bitwa o Ziemię”.


 


Autorem tekstu jest:
Kamil Bańbor 

środa, 1 grudnia 2010

Granatowy Prawie Czarny

Reżyser:  Daniel Sanchez Arevalo
Scenariusz: Daniel Sanchez Arevalo
Muzyka: Pascal Gaigne
Rok: Hiszpania 2006
Gatunek: dramat
Długość: 105 min.


Granatowy Prawie Czarny” to określenie koloru, stanu ducha, niepewności, niezdecydowania, specyficznego stanu zawieszenia pomiędzy “ziemią, a niebem”…Definicja jest niejednoznaczna, zależy od punktu widzenia ,doświadczenia,wyobraźni…
Film ten jest pewnego rodzaju szkicem, historią, z pozoru banalną, przedstawioną w dość brutalny, dosadny sposób. Myślę, że to zabieg celowy, by uwypuklić beznadziejność przedstawionych sytuacji.
Pierwsza scena filmu- Jorge (Quim Gutierrez) rozmawia ze swoim ojcem(dozorcą w jednym z drogich apartamentowców).Rozmowa przebiega burzliwie, Jorge kategorycznie odrzuca propozycję ojca, jeśli chodzi o pracę na stanowisku stróża.Ten natomiast, pod wpływem emocji wywołanych rozmową z synem, dostaje udaru mózgu. Dla Jorga ta sytuacja “zatrzymuje” czas…
Kolejna scena rozgrywa się siedem lat później. Widzimy Jorge, który opiekuje się spraliżowanym ojcem. Od dnia wypadku zajmuje również jego posadę.Sprząta budynek, w którym (o ironio !) mieszka jego dziewczyna Natalia (Eva Pallares),studentka farmacji, która jest lepiej sytuowana niż Jorge, żyje w odmiennym środowisku.Jorge dzieli swój czas pomiędzy znienawidzoną pracę, chorego ojca i dziewczynę,która staje się dla niego coraz bardziej obca. Jorge kończy studia i ufa ,że to będzie przepustka do lepszego życia. Karmi się złudzeniami i wierzy, że luksus to gwarancja udanego życia. Zewnętrznym przejawem bogactwa są dla niego drogie garnitury. Posiadanie takowego, staje się dla niego obsesją. Wierzy, że taki “gadżet” pozowli mu wejść do innego,lepszego świata…Jorge swoje marzenia dzieli z przyjacielem- Israelem (Raul Arevalo), który jest zagubiony, a swój czas spędza na dachu jednego z wieżowców, podglądając klientów z pobliskiego salonu masażu.
Kolejna postać to Antonio (Antonio de la Torre),brat Jorge, jego mentalne i wizualne przeciwieństwo. Z pozoru twardziel, wewnątrz romantyk. Przebywa w więzieniu.Tam nawiązuje romans z Paulą( Martą Eturą). Ona, od poczatku znajomości nie ukrywa, że chce mieć dziecko i tylko na tym jej zależy. Dzięki bratu, Jorge poznaje Paulę i nawiązuje z nią niezwykłą relację.Emocje, które ich połączą, obojgu pozwolą odkryć, to co w życiu najważniejsze…
Film przewrotny,przerysowany,pokazujący wieloznaczność każdej sytuacji, różny punkt widzenia.Mnogość beznadziejnych sytuacji, w które wplątani są bohaterowie, pokazuje nieuchronność następowania pewnych wydarzeń.Pośród tego wszechobecnego marazmu pojawia się jednak cień nadziei, na lepsze jutro, na lepszy świat…


Autorem tekstu jest:

Ewelina Cofała

 

piątek, 26 listopada 2010

Trainspotting

Trainspotting

Reżyser: Danny Boyle
Scenariusz: John Hodge
Muzyka: Damon Albarn
Rok: 1996
Gatunek: dramat
Długość: 93 min

Mówić o filmie przełomowym jest niezwykle ciężko. Bo to była rewolucja nie tylko w kinie brytyjskim i światowym, to była także moja prywatna przemiana. To jeden z tych obrazów, do których wracam nieustannie i zawsze polecam wszystkim z otwartym umysłem. Czczę i uwielbiam. I zabraniam porównywać do osławionego „Requiem dla snów”, bo jedyne podobieństwo to dragi w roli głównej. A to jeszcze za mało.
Wszystko zaczęło się od Irvina Welsha, autora książki „Trainspotting”. Nie… Wszystko zaczęło się narkotyków. Też nie. Wszystko zaczęło się od Margaret Tacher. Na pewno zaczęło się od przemian społeczno-kulturalnych w Irlandii, gdzie zblazowana młodzież żyjąca w szarych blokowiskach szukała jakiejś rozrywki. I oto ona nadchodziła.
„Wybrać życie, pracę, sławę, rodzinę, zajebisty telewizor, pralkę, samochód, kompakt i otwieracz do puszek. Wybrać zdrowie, zdrowe żarcie, ubezpieczenie, kredyt o stałym oprocentowaniu. Dom, przyjaciół. Dres, torbę sportową, garnitur z bogatej oferty. Samodzielność, by dręczyć się- kim ty, kurwa, jesteś? Wybrać kapcie, gazetę, telewizor, niejadalne żarcie. I tak zdechniesz w zasranym wyrze zostawiając smród, który wąchać będą twe jebane bachory. Wybrać przyszłość, życie. Po kiego wała? Wybrałem nie wybierać życia. Wybrałem co innego. Powód? Nie ma powodu kiedy masz heroinę.
Ten film jest tragikomiczną historią o pojedynczych wzlotach i upadkach, o zmianie cywilizacyjnej następującej na naszych oczach, o poszukiwaniu szczęścia tam, gdzie go wcale nie ma. Ale, czymże jest szczęście, prawda? Dla kogoś, to nowy telewizor. Dla Rentona i kompanii kolejny strzał. Groteskowa historia o autodestrukcji może być wspaniałą metaforą wyścigu, w którym zaprzęgnięty jest każdy z nas. Uzależnieni od nowości, trendów, wygodnego życia nie stajemy się coraz bardziej wolni. To ucieczka od wolności. Ucieczka na miarę ćpunów, dla których dawanie sobie w kanał ma wymiar transcendentny i jednocześnie fizycznie paraliżujący. Dlaczego warto obejrzeć? Dla rewelacyjnej gry Ewana McGregora (Renton), Ewena Bramnera (wariat- Spud) i Roberta Carlyle (psychopatyczny Begbie). Dla zniewalającej muzyki; szczególnie świetnej sceny, kiedy Renton zapada się w dywan podczas lotu i przeżywa swój „Perfect Day” z Lou Reedem. Dla przyzwoitości, bo ten film jest jednym z najważniejszych w historii kina brytyjskiego, a już na pewno najistotniejszym w dobie postnowoczesności. Cóż więcej mogę rzec? Wybierz Trainspotting.
Autorem tekstu jest:
Milena Wrzesień

czwartek, 25 listopada 2010

Vicky Cristina Barcelona

Reżyser: Woody Allen
Scenariusz: Woody Allen
Muzyka: różni artyści, tytułowa piosenka“Barcelona” w wyk. Giulia y Los Tellarini
Rok: 2009
Gatunek: komedia obyczajowa
Długość: 96 min.

Po trzech filmach, które można uznać za ukłon w stronę brytyjskich metropolii, wśród których “Match Point” wyróżnia się jako najbardziej dojrzały i zaskakujący, powyższy film Woodiego Allena jest być może mniej doskonały, ale niemniej żarliwy.
Jest to film mówiący o miłości i związanymi z nią instynktami, którego akcja rozgrywa się w jednej z europejskich stolic- Barcelonie. Wspaniałe miasto ukazane przez pryzmat trzech kobiecych osobowości, w zestawieniu z silnym mężczyzną w roli katalizatora. Melancholia ze słodkim posmakiem. Amerykanki Vicky i Cristina są przyjaciółkami. Spędzają wakacje w tętniącym życiem centrum Katalonii.Dopełniające są charaktery : powściągliwość zakotwiczona w konwencjonalnych, solidnych wartościach z wizją zbliżającego się małżeństwa, a z drugiej strony żywiołowość, niepohamowane emocje oraz gotowość do uniesień, gdy tylko nadarzy się okazja. Obok nich zjawia się mężczyzna, w fascynującej osobie malarza Juana Antonio (w tej roli pełen nieodpartego uroku, Javie Bardem), który jest swieżo po rozstaniu z żoną Marią Eleną. Bez żadnych niedomówień, Juan Antonio otwarcie deklaruje miłość dwóm kobietom, proponując tydzień pełen wrażeń. Miasto Oviedo i wizyta u jego ojca. Pierwsza ulega Cristina, a sytuacja komplikuje się wraz z przyjazdem narzeczonego Vicky oraz Marii Eleny (Penelopa Cruz)- nieposkromionej neurotyczki. Po raz kolejny Scarlett Johansson w świetnej formie, w roli Cristiny. Ożywiający, pełen pasji, znakomity, rozrywkowy film….


Autorem tekstu jest:
Ewelina Cofała 


środa, 24 listopada 2010

Watchmen - Strażnicy

Reżyser:  Zack Snyder
Scenariusz: Alex Tse, David Hayter
Muzyka: Tyler Bates
Kraj: USA, Wielka Brytania
Premiera:
Polska: 6 marca 2009
Świat: 23 lutego 2009
Gatunek: Dramat, Akcja, Sci-Fi
Długość: 163 minuty


Strażnicy to nie jest film o superbohaterach, choć takowych można tutaj znaleźć. Strażnicy to nie jest film political fiction, choć mamy tutaj i wygraną przez amerykanów wojnę w Wietnamie, rozpoczynającą się właśnie (amerykańską) kampanię w Afganistanie i Nixona który po raz trzeci zostaje prezydentem Stanów Zjednoczonych. Czym więc Strażnicy są?

Snyder zrobił rzecz niebywałą: w jednym filmie zawarł opowieść detektywistyczną, miłosną, science – fiction, political fiction i dramat obyczajowy. I zrobił to w taki sposób że ta mnogość jest z jednej strony niemal niezauważalna, a z drugiej na tyle wyraźna, by przykuć uwagę widza, nie pozwolić mu odejść od ekranu.
Akcja filmu przenosi nas w lata osiemdziesiąte XX wieku. Amerykański Sen, przy współudziale Strażników stał się rzeczywistością. Jednak nie każdemu dane było poczuć, jak smakuje. Zamaskowani mściciele zostali zdelegalizowani, a ci, którzy nimi kiedyś byli próbują wieść normalne życie. Jakby tego było mało, ktoś zaczyna zabijać jednego po drugim, a nad światem unosi się ponure widmo wojny nuklearnej...
Scenarzyści wespół z reżyserem kreślą śmiałą wizję świata ponurego, pesymistycznego, nieco odrealnionego i jednocześnie niepokojąco prawdziwego, który zamieszkują chyba najbardziej wiarygodni herosi w historii. Z jednej strony brak tutaj jakiegoś wyraźnego podziału na dobro czy zło, z drugiej zaś postacie Sowy czy Rorschacha trudno nazwać neutralnymi (Sowa to klasyczny rycerz, Rorschach zaś to prawicowy oszołom, którego nie sposób nie polubić). Częste retrospekcje przybliżają nam każdego z bohaterów: pokazują jego historię, to jak kształtował się ich światopogląd, jakie łączą ich relacje co w efekcie pozwala nam ich zrozumieć. Każdy dąży przecież do wspólnego celu, choć z różnych pobudek.
Strażnicy to również uczta dla uszu i oczu. Przesycone detalami sceny, doskonale skomponowane z muzyką (scena pogrzebu), często symboliczne (scena wybuchu bomby atomowej). Spokojna, niemal „teatralna” praca kamery świetnie kontrastuje z dynamiką akcji dzięki czemu nie skupiamy się na jednym elemencie ale na całości. O tym że efekty specjalne to klasa sama w sobie nawet nie trzeba wspominać. Nie będziemy na nie zwracać większej uwagi, skupimy się raczej na historii, bo to ona jest tutaj najważniejsza.
Jeśli macie dość hurraoptymistycznych filmideł z superbohaterami w rolach głównych, a najnowszy Batman to dla was wciąż za mało, musicie koniecznie zobaczyć Strażników. Faceci w głupich kostiumach już nigdy nie będą tacy jak dawniej.




Autorem tekstu jest:
Kamil Bańbor

Maczeta

Reżyser:  Robert Rodriguez, Ethan Maniquis
Scenariusz: Robert Rodriguez, Alvara Rodriguez
Muzyka: Chingon
Kraj: USA
Premiera:
Polska: 26.11.2010
Świat: 01.09.2010
Gatunek: Akcja
Długość: 105 minut

Z trudem silę się na obiektywizm. Moi ulubieni filmowi bracia bliźniacy Rodriguez&Tarantino zawsze gwarantują dobrą zabawę i grę z konwencją gatunkową. Intelekt, poczucie humoru i porządną rzeźnię. Proszę Państwa, „Maczeta” to kino dla niegrzecznych chłopców, twardych lasek i koneserów filmów klasy B. A nawet Z. (Zed’s dead;).

Na planie spotyka się doborowe towarzystwo, które może flagować gatunek kina akcji. DeNiro, Seagal, Trejo (wcielający się w tytułowego bohatera), Marin czy słynny policjant z Miami- Don Johnson. Do tego kilka ślicznotek pierwszej ligi- Jessica Alba czy Michelle Rodriguez i zbuntowane dziecko show biznesu Lindsay Lohan (kokaina gra z LiLo także i w filmie). Wszyscy już zebrani, zatem możemy rozpocząć naprawdę ostrą jatkę. Bo jest to obraz jawnie nawiązujący do ukochanego przez wielu kina exploitation. Zatem są wybuchy, niedorzeczne zwroty akcji, jeszcze bardziej absurdalne sceny walki, gdzie kończyny latają po całym ekranie, krew leje się strumieniami, a dla kurażu Maczeta używa jelit jako liny. Do tego przechadzają się bardzo roznegliżowane panienki. Jest klawo, jest zabawa.
Zdaję sobie sprawę, że to nie kino dla każdego. To film zrobiony z przymrużeniem oka i tego od widza oczekuje. Trudno mówić o wirtuozerii w obrazie, który po prostu ma zgrywać taniochę niskiej klasy. Jedno, co pewne i godne uwagi, to świetna muzyka. Rockowa, ale z domieszką latynoskiego mariachi i ranczera. Chingon, bo tak się zwie zespół odpowiedzialny za brzmienia, to twór Roberta Rodrigueza powstały w 2004 roku. Zaszczycił swą obecnością już ścieżki dźwiękowe „Kill Billa”, „Grindhouse” czy „Pewnego razu w Meksyku”.
Ja zapraszam do kina. Najlepiej w grupie dobrych kumpli. Chyba, ze ma się pewność, iż partnerka jest fanką ucinanych głów.





Autorem tekstu jest: 
Milena Wrzesień

wtorek, 23 listopada 2010

Żeton do kluczy, którego nie chciałbyś znaleźć…

Reżyser: James Mangold
Scenariusz: Michael Cooney
Kraj:
Premiera: 
Polska: 2003
Świat: 2003
Gatunek: Thriller
Długość: 90 min.


Noc, rozszalała ulewa, zalane drogi… To wszystko zmusza dziesięcioro – na pierwszy rzut oka – obcym sobie osób do spędzenia nocy w przydrożnym hotelu.
Tak zaczyna się thriller pt Tożsamość. Pozornie nie mający ze sobą nic wspólnego kierowca limuzyny (John Cusack), gwiazda telewizyjna, rodzina z małym chłopcem, prostytutka, młode małżeństwo, policjant (Ray Liotta) eskortujący kryminalistę oraz właściciel motelu jeszcze nie wiedzą, że ta noc może się okazać, tą ostatnią… Kolejne postaci zaczynają ginąć w makabrycznych okolicznościach, przy czym morderca przy ciałach pozostawia motelowy żeton „odliczając” swoje ofiary.
Niesprzyjająca pogoda, grzmoty i błyskawice (jak się już utarło w filmach tego rodzaju) potęgują przerażenie nie tylko domniemanych ofiar, ale i widza. Nastrój grozy wzrasta wraz z nieoczekiwanym zniknięciem ciał, z miejsc gdzie zostały pozostawione. Czy to sprawka szaleńca czy jeszcze jakieś inne siły maczały w tym palce?
Wśród aktorów prym wiedzie John Cusack, reszta nie wysiliła się za bardzo lub po prostu „nie zdążyła” lepiej zagrać swojej roli. A szkoda…
Minusem jest „głupota” ofiar. Każdy biega sobie, gdzie chce po całym terenie motelu, wiedząc o krążącym mordercy i że powinni trzymać się razem. Obraża to inteligencje widza (przynajmniej moją). Przecież w takiej sytuacji każdy martwiłby się o swoje życie, a nie ulegałby fochom, czy zachłanności.
Kto zabija? Odpowiedź jest zaskakująca. Rozwiązanie nie przypomina zagadki ze stereotypowego filmu grozy, że zabija ten najbrzydszy, najmniej rozgarnięty, najbardziej nie lubiący głównych bohaterów. To oczywiście działa na plus. W końcu, po co oglądać coś, czego koniec jest tak przewidywalny i banalny. Mimo to wciąż zastanawiam się, jak(???) morderca dokonał tych wszystkich zbrodni. Po obejrzeniu filmu będziecie wiedzieć, co mam na myśli.
Reasumując, film trzyma w napięciu, aż do ostatniej ofiary i odbiega od utartego schematu dreszczowca, pomimo usytuowania i panującej, burzowej aury. Film może nie jest najlepszy w swoim gatunku, ale najgorszy też nie jest. Uważam, że jest godny polecenia, przede wszystkim dzięki nietypowemu, zaskakującemu zakończeniu.

Autorem tekstu jest:
Kasia Pompka




Chłopiec w pasiastej piżamie

Reżyser: Mark Herman
Scenariusz: Mark Herman
Muzyka: brak informacji
Kraj: Wielka Brytania/USA
Premiera:
Polska: 06.03.2009
Świat: 2008
Gatunek: Dramat
Długość: 93 minuty





„Chłopiec w pasiastej piżamie” to z całą pewnością najbardziej oryginalny i poruszający obraz tego co działo się w łagrach. Przedstawiony z perspektywy niewinnego, nieświadomego tego co się dzieje na jego oczach, chłopca. Ojciec głównego bohatera- Walter jest oficerem niemieckim, dowódcą w obozie pracy dla Żydów. On i jego żona są przekonani o tym, że Aryjczycy muszą podjąć się misji eksterminacji Żydów, największych wrogów swojej rasy, by mogła ona przetrwać. Bruno, ich ośmioletni syn (pasjonat książek przygodowych),nie potrafi zrozumieć co tak naprawdę dzieje się wokół niego i wyjaśnić na przykład tego, dlaczego żydowski lekarz pracujący w kuchni nosi pasiastą piżamę. Taką samą zresztą w jaką jest zawsze ubrany Shumel, który mieszka z drugiej strony kolczastego drutu. Chłopcy zaprzyjaźniają się, a do Bruna dociera bolesna, przerażająca prawda, której świadomość przynosi potrzebę solidaryzowania się - chce nosić taką samą pasiastą piżamę. Pomimo tego, że film jest produkcji Disneya, nie ma typowego dla tejże wytwórni dobrego zakończenia; ostatnie dwadzieścia minut filmu jest dramatyczne i zupełnie niekonwencjonalne. W filmie nie ma dosłowności, nie widać żadnych komór gazowych czy krematoriów, są tylko zamknięte drzwi, w gestii widowni leży wyobrażenie sobie tego co mogło się za nimi dziać. My wiemy co, ale czy każdy w dzisiejszym świecie wie ?

Autorem tekstu jest:
Ewelina Cofała

poniedziałek, 22 listopada 2010

Wszystko co kocham

Reżyser: Jacek Borcuch
Scenariusz: Jacek Borcuch
Produkcja: Polska
Premiera:
Polska: 15 stycznia 2010 
Świat: 18 września 2010
Gatunek: Dramat obyczajowy


Kilka miesięcy temu zewsząd dosięgały nas plakaty „Wszystko co kocham”. Pisano- zbuntowany, nieszablonowy, wreszcie inny. Teraz jest polskim kandydatem do Oscara. To dobry powód, by do niego wrócić. I spytać- czy aby na pewno na tyle dobry?

Jestem fanką dobrej muzyki. Jestem fanką dobrego kina. Chcę w polskim kinie nowatorstwa i młodej krwi. Nie dostałam tego, co chciałam. Ile jeszcze trzeba czekać na film mainstreamowy, który nie będzie lepką komedyjką albo martyrologiczną dłużyzną? Film Borcucha jest gdzieś pomiędzy. Oglądamy szary świat początku lat 80’. Nuda miesza się ze strachem, ale jakoś mało żwawo. W tym bezczynnym pejzażu ukazują się kolorowe ptaki- punkowcy. Młodzi, zbuntowani i ładni, na dodatek.
Ale wcale nie jest dobrze, bo ten punk jakoś mało porywający. Owszem, muzycznie niekiepsko, ale wciąż energia ulatuje. Czasem pojawi się piękna Olga Frycz i wraz z nowym, polskim super star Mateuszem Koścukiewiczem odda się namiętności na nadbałtyckiej wydmie. I tak jest słabo. Nudno. Marazm. Talenty się tam marnują, a słynna Akademia nie poczuje klimatu. A jak poczuje i Oscara dostaniemy, to się biję w pierś i przyrzekam, że będę kochać kino polskie.
Jakie jeszcze plusy poza muzyką i atrakcyjnymi aktorami? Zawsze w formie Andrzej Chyra. Próba stworzenia opowieści nasyconej lekko rozmytymi obrazami ówczesnej Polski. I znów muszę wrócić do muzyki Daniela Blooma, bo ona jest doniosłym wydarzeniem tego filmu.
Moje wrażenia? Lekka historyjka faceta, który dorastał w tamtych czasach i mimo ich szarzyzny czuje nostalgię. Naprawdę nic ciekawego.

PS.: Zwiastun dostarcza więcej rozrywki niż cały film. Lepiej na nim poprzestać.






Autorem tekstu jest:

Milena Wrzesień